alek-ewa2
  Nepal - Chitwan National Park
 


Nepal



Po opuszczeniu Kathmandu skierowalismy sie w strone Chitwan National Park, gdzie mielismy spedzic nastepne 3 dni



Pierwsza czesc naszej trasy jechalismy ta sama droga co do Pokhary, ale tym razem udalo sie nam zrobic pare zdjec jak ona wyglada i dlaczego sa na niej takie wielkie korki



Nie dosc bowiem, ze wszedzie trwaly prace naprawcze, to jeszcze ogromna liczba ciezarowek bardzo powoli wspinajacych sie pod gore, blokowala caly ruch za soba



  A kurzu przy okazji bylo tyle, ze normalnie zielone rosliny przybraly piekny stalowy kolor



Zreszta nie tylko rosliny, bo nawet smieci i butelki wyrzucone przy drodze stracily swoja barwe i pokryte byly gesta warstwa tego bialego proszku, ktorym my kaszlemy i plujemy do dzisiaj



Trudno nam powiedziec czy byly to roboty naprawcze po trzesieniu ziemi, czy droga ta dopiero teraz byla pokrywana asfaltem, w kazdym razie nasza jazda trwala kilka ladnych godzin, choc do pokonania mielismy tylko niewiele ponad 150 km



Czesto przy drodze natrafialismy na rownie zakurzone stragany,  handlujace glownie woda i frytkami



Ale trzeba rowniez przyznac, ze jechalismy tez bardzo ladnymi terenami, wsrod wzgorz pokrytych zielonym lasem i czesto wzdluz gorskich potokow


    Chitwan National Park

  W koncu wczesnym popoludniem zameldowalismy sie na obrzezach Chitwan National Park, ktory stworzony zostal w 1973 roku i byl pierwszym narodowym parkiem Nepalu


    Sauraha

Jest on domem dla wielu zagrozonych wyginieciem zwierzat, lacznie z nosorozcem indyjskim, ktorego wspanialy pomnik stal na srodku miasteczka, gdzie byla nasza baza wypadowa



Po krotkim odpoczynku, jeszcze tego samego dnia wybralismy sie na wycieczke rowerowa po okolicznych terenach



Na ktorych wlasnie trwaly zniwa i mimo zblizajacego sie wieczora okoliczni chlopi ciagle pracowali na polach



My natomiast skierowalismy sie w strone malej wioski, ktorej mieszkancy podobno pokonali malarie stajac sie na nia odporni



I zyli tradycyjnym sposobem od wielu stuleci nie zmieniajac ani jego trybu ani stylu zabudowy swojej wioski



Tuz obok plynela mala rzeczka, ktora wcinala sie w porosniete lasem tereny parku



Natomiast male miasteczko w ktorym sie zatrzymalismy nazywalo sie Sauraha i znajdowalo sie w strefie buforowej tuz przy granicach parku i nad wieksza rzeka Rapti



Nastepnego dnia rano zerwalismy sie wczesnie i ruszylismy na jej brzegi, skad mielismy w planie wyplynac na wodne safari w tradycyjnych lodziach



Wlasciwie nie byly to lodzie, ale raczej waskie i dlugie czolna, dla wygody turystow wyposazone w male drewniane stoleczki, ktore tak szczerze mowiac wcale nie wygladaly zbyt zachecajaco na wyprawe rzeka pelna krokodyli



Nie mielismy jednak wyboru, bo w tym momencie byly one jedyna forma transportu do naszego nastepnego noclegu, wiec chcac nie chcac jakos sie na nie zaladowalismy i po chwili odbilismy od brzegu zostawiajac za soba popularna restauracje na swiezym powietrzu wygladajaca duzo bardziej pociagajaco niz nasze lodzie



Plynelismy w dol rzeki, wiec z kazda chwila robila sie ona coraz szersza, a przewodnik probowal zainteresowac nas zyciem biologicznym na ladzie



Gdzie na poczatku udalo sie nam tylko zauwazyc gromady malych ptaszkow



Mijalismy tez jakies ludzkie osiedla, w ktorych domy zbudowane byly na palach, najprawdopodobniej ze wzgledu na zmienny pozim wody, ktora w okresie monsunow zalewala najnizej polozone tereny



Podczas dalszej podrozy udalo sie nam zauwazyc takze jakiegos wiekszego ptaka, podobnego do bociana, tylko z troche nienaturalnie zolta szyja



Ale najwspanialszym wypatrzonym przez nas zwierzeciem byl nosorozec buszujacy gdzies w nadbrzeznych szuwarach



Natomiast na piaszczystych brzegach najczesciej moglismy zauwazyc wylegujace sie krokodyle z gatunku gawialow gangesowych, ktorych ksztalt pyska byl zupelnie nam nieznany i choc dzieki temu wygladaly one nie tak groznie jak te znane nam z Australii, to jednak atakuja one rowniez ludzi, a przy swojej dlugosci dochodzacej do 7 metrow i wadze siegajacej 1000 kg, lepiej sie z nimi nie spotkac oko w oko



Mielismy wiec nadzieje, ze do takiego spotkania nie dojdzie, podczas gdy zatrzymywalismy sie na przerwe lunchowa



Na szczescie do dyspozycji mielismy specjalna, wysoka platforme, gdzie moglismy czuc sie bezpieczni podczas naszego prawie godzinnego postoju



Z przyjemnoscia tez choc na chwile rozprostowalismy nogi, po naszym dlugim siedzeniu w lodce na twardych stoleczkach i w bezruchu, zeby nie przebalansowac czolna i nie fiknac do wody 



Jednym slowem przerwa wyszla nam na zdrowie nie tylko ze wzgledu na puste juz zoladki, ale i na nasze obolale zadki, a poza tym bylo to piekne i zacienione miejsce, gdzie moglismy odpoczac od prazacego slonca i z gory rozgladnac sie po okolicy



Niestety jednak to co przyjemne zwykle konczy sie za szybko i wkrotce musielismy znowu zapakowac sie na nasze bardzo niewygodnie lodzie, wsiadanie do ktorych bylo dla naszych obolalych kolan normalna tortura



Na szczescie nasza dalsza podroz nie trwala juz tak dlugo i po niecalej godzinie zameldowalismy sie w docelowym punkcie i zacumowalismy w porcie przy glownym nabrzezu



Na wysokim brzegu czekal na nas nasz lepiej prezentujacy sie z zewnatrz niz w srodku osrodek noclegowy prowadzony przez jakas tubylcza rodzine, gdzie po zakwaterowaniu sie mielismy troche czasu na relaks, choc przy panujacych tam wysokich tempetaturach i ogromnej wilgotnosci trudno to bylo nazwac wypoczynkiem



Pod wieczor wybralismy sie na spacer do pobliskiej wioski



Ktora kusila do siebie turystow zapowiedzia spotkania z nosorozcem



A tak poza tym byla bardzo biedna wsia zyjaca jakby w innej epoce, ale ku naszemu zdziwieniu bylo tam takze stosunkowo czysto, co wskazywalo, ze jej mieszkancy nie mieli nic wspolnego z hindusami



Widac jednak bylo, ze ciagle jeszcze nie dotarla tam cywilizacja, co dla niektorych moglo miec nawet wiele uroku, ale zycie w takich warunkach napewno nie nalezalo do najlatwiejszych



Powoli slonce zaczelo sie chylic ku zachodowi, a jego promienie dodaly starym chatom wspanialego kolorytu, dla nas jednak byl to znak, ze aby byc swiadkiem zachodu slonca nad rzeka, trzeba tam szybko wracac



Na otwartym trawiastym terenie nad sama woda zastalismy miejscowych chlopcow grajacych w pilke nozna, co z kolei swiadczylo, ze jednak nawet ten daleki zakatek swiata nie jest calkiem zagubiony i idzie z postepem czasu



Poniewaz jednak my poszlismy tam ogladac zachod slonca, wiec nie zatrzymalismy sie na ogladanie meczu tylko zwrocilismy swoja uwage w druga strone, gdzie zlociste niebo zapowiadalo konczacy sie dzien



Slonce coraz bardzo zblizalo sie do widnokregu



  Malujac na wodzie pomaranczowa smuge i wkrotce caly horyzont przybral ta sama barwe



A patrzac w wielkim zblizeniu widac bylo jak ta sloneczna tarcza chowa sie powoli za ciemnymi chmurami tracac stopniowo swoj ognisty wyglad



Po zachodzie wrocilismy z powrotem na gore, bo nas wystraszyli, ze po nocach to nie wiadomo co sie nad rzeka placze



I jeszcze do pelnego zmroku posiedzielismy w ogrodku, gdzie zrobilo sie dosc przyjemnie



No a noc spedzilismy pod moskiterami, ktore niestety byly dziurawe, wiec mimo ciepla musielismy takze pozawijac sie w przescieradla, zeby nas calkiem nie zjadly malaryczne komary



Niestety wiec nie byla to zbyt wypoczynkowa noc, ale i tak nastepnego ranka wstalismy skoro swit, gotowi na kolejny dzien i to co ze soba przyniesie



Jeszcze przed sniadaniem skusilismy sie na krotki spacer po ogrodach



Spojrzelismy takze na zasnuta porannymi mglami rzeke, a w tej malej budce skleconej z blachy spali podobno wartownicy pilnujacy naszego bezpieczenstwa, co uwypuklilo nam, ze my i tak mielismy komfortowe warunki



Po sniadaniu pozegnalismy sie z naszym ciasnym pokoikiem , ale przynajmniej wyposazonym we wlasna toalete z prysznicem, wiec nie bylo co narzekac



Powoli slonce zaczelo przedzierac sie przez mgly, a my przedarlismy sie przez zielony ogrodek, szczesliwi ze w powrotnej drodze bedziemy uzywac innego srodka transportu i nie musimy juz wracac do naszych czolen



Tym razem czekala na nas jazda wozami terenowymi dostosowanymi do wyprawy na safari



Niestety tylko, poniewaz wiekszosc parku byla ciagle zamknieta po letnich monsunach, wiec moglismy jedynie jechac jego skrajem



Najpierw jednak popedzilismy wzdluz wioski, ktorej starozytne domki wygladaly bardzo egzotycznie wsrod bujnej zieleni



Troche bardziej kolorowo prezentowaly sie wiejskie sklepiki, a moze nawet byla tam jakas restauracja



Mozna rowniez bylo od czasu do czasu zauwazyc bogatsze domostwa wyraznie odbijajace sie od otoczenia



Wiekszosc jednak domow byla budowana  tradycyjnym sposobem z trawy sloniowej oklejonej glina



Po chwili jazdy zaglebilismy sie w dzungle, a przed nami do roboty jechala jakas grupa lokalnych mieszkancow



My jednak sie nie spieszylismy i wkrotce przewodnik wskazal nam ukrywajacego sie miedzy drzewami przedstawiciela tamtejszych jeleni zwanych aksis czytal



Jadac dalej mijalismy ogromne kopce termitow



A wsrod wysokich traw wypatrzylismy kolejnego bocianopodobnego "ptoka"



Natomiast wysoko wsrod galezi drzew przyczaila sie jakas "sraka", ktora okazala sie lokalnym typem jastrzebia, bedacym najprawdopodobniej rybozerem bialosternym



A kolejnym bardzo pieknym kolorowym ptaszkiem ukrywajacym sie wsrod drzew byl sliczny zimorodek rowniez zywiacy sie rybami



Co prawda nasza wyboista droga ciagnela sie ciagle gestym lasem



Ale wkrotce dotarlismy do wiekszych mokradel, ktore tuz po okresie monsunowym rozlewaly sie jak jeziora



Przy brzegach byly one troche plytsze



I taplaly sie w nich znane juz nam bociany wyszukujace jakiegos smacznego kaska w postaci tlustej rybki, a moze nawet jeszcze smaczniejszej zabki



Po ponad godzinnej jezdzie wyjechalismy z parku i choc co prawda nie spotkalismy ani nosorozca, ani tygrysa bengalskiego, ale spedzilismy bardzo przyjemne chwile wsrod natury, a najwazniejsze, ze nie musielismy znowu plynac czolnami



Spotkala nas natomiast troche inna niespodzianka, a mianowicie daleko na widnokregu ujrzelismy wysokie i osniezone szczyty gorskie nalezace do Himalajow, ktorych zupelnie nie spodziewalismy sie zobaczyc na poludniu Nepalu



No i na koniec naszej wyprawy zameldowalismy sie znowu w naszym hotelu, ktory byl raczej zespolem domkow ulokowanych w zielonym parku



Jak widac byl on takze duzo wygodniejszy niz nasze poprzednie miejsce noclegowe



Po chwili odpoczynku postanowilismy jednak skorzystac z wolnego czasu i ruszyc na zwiedzanie miasta



Na glownej ulicy od razu trafilismy na pomnik slonia, ktore to zwierzeta nalezaly tam do zwierzat domowych



Nie utrwalo tez dlugo gdy ujrzelismy ich zywych przedstawicieli maszerujacych po ulicy, sluzac jako rumaki dla dosiadajacych ich jezdzcow



Innymi zwierzetami uzywanymi do transportu byly tam rowniez wielkie woly zaprzegniete do lokalnych bryczek



Oprocz podziwiania zwierzat, zainteresowalismy sie tez lokalnym budownictwem, ktore okazalo sie bardzo ciekawe



Te bogatsze domy mialy bowiem bardzo nietypowa architekture, zachwycajac rowniez swoim pieknym kolorytem


Po naszym krotkim spacerze po miescie skierowano nas nad rzeke, gdzie kapaly sie slonie, ku uciesze niektorych turystow bioracych udzial w tej czynnosci



I az sie nam wierzyc nie chcialo, ze te wielkie kolosy moga byc tak posluszne i uznawac zwierzchnictwo duzo mniejscych i slabszych przedstawicieli ludzkiego gatunku



Podczas najcieplejszych godzin dnia wrocilismy do hotelu, ale nie dalismy sie skusic na kapiel, bo basen nie wygladal zbyt zachecajaco



Na szczescie w pokojach mielismy klimatyzatory, wiec troche sie tam przestudzilismy



I dopiero po paru godzinach pozniej opuscilismy nasz wygodny pokoik zajmujacy parterowy aneks, widoczny na zdjeciu



I wybralismy sie na krotki spacer po hotelowych ogrodach, w ktorych znajdowalo sie wiele innych domkow zbudowanych w roznych stylach



Nie one byly jednak najwieksza atrakcja jaka tam zobaczylismy, ale ku naszej radosci ujrzelismy na jednym z drzew jednego z najbardziej dla nas egzotycznych przedstawicieli ptasiego rodu jakim byl dzioborozec wielki, przypominajacy nam troche tukana



Pod wieczor udalismy sie znowu nad rzeke, gdzie poprzedniego dnia ogladalismy kapiacego sie nosorozca



Ruszylismy wiec wzdluz jej brzegow bardzo uwaznie rozgladajac sie dookola



Niestety jednak mimo ze zapedzilismy sie dosc daleko, wkraczajac nawet na zagrodzony plotem teren lowiecki tygrysow, nie zdolalismy wypatrzec zadnego z tych groznych zwierzat



Udalo sie nam jedynie zagladnac do zagrodek, gdzie mieszkaly slonie



No i doczekac sie nad rzeka kolejnego pieknego zachodu slonca



Ktore wkrotce swoimi ostatnimi promieniami wymalowalo na pomaranczowo caly niebosklon



Po chwili jednak niebo wrocilo do swojego normalnego kolorytu, a my zaczelismy droge powrotna wzdluz brzegow malej rzeczki



Wpadajacej potem do tej wiekszej Rapti River, ktora dwa dni wczesniej plynelismy



Nad jej brzegiem znalezlismy rowniez znak UNESCO, jako ze Chitwan National Park zostal wpisany w 1984 roku na jej liste swiatowego dziedzictwa w dziedzinie przyrodniczej



Potem jeszcze juz w prawie pelnych ciemnosciach posiedzielismy troche z nasza grupa w nadbrzeznej restauracji raczac sie piwem marki Everest



A poznym wieczorem skorzystalismy z okazji uczestniczenia w wystepach lokalnej grupy folklorystycznej tamtejszych tradycyjnych mieszkancow zwanych Tharu

 


No i trzeba przyznac, ze impreza byla bardzo udana, choc zdjecia nie wyszly zbyt ostro



Ale zarowno artysci jak i publicznosc bawila sie nadspodziewanie wspaniale



A najwieksza atrakcja wystepu byl taniec pawia, ktory wykonany byl z naprawde wielkim kunsztem i artyzmem

 
 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 5 odwiedzający (91 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=